Niza o muerte! - wykrzyknęłam niczym Jan Maria Rokita tuż przed wyjazdem do Nicei. Niestety, pierwsze chwile w tym mieście sprawiły, że powoli zaczęłam skłaniać się ku temu drugiemu wyjściu. Jeszcze jadąc pociągiem, przez okno obserwowałam niezachęcające stare kamienice, z których tynk odchodził płatami. Po egzotycznym krajobrazie jaki rozciągał się wzdłuż wybrzeża w Cannes, była to dość drastyczna zmiana perspektywy. "No nic. Przecież zwykle obrzeża miast są mniej atrakcyjne niż samo centrum, a może i w tej brzydocie odnajdę coś pięknego" - pocieszałam się. Przed dworcem, faktycznie budynki były już nieco bardziej zadbane, ale zniechęciło mnie coś innego - tłumy. Ludzie, ludzie i jeszcze raz ludzie. Czyżby moje socjopatyczne zapędy dawały się we znaki? Wąskie uliczki, bezdomni na poboczach i setki osób przechadzających się po mieście, jakby bez celu. Za rogiem było jeszcze gorzej - sklepy. Jeden za drugim. H&M, Converse, Pull&Bear, sklep z grami komputerowymi (Wiedźmin na plakatach!), Versace, Louis Vuitton etc. Poczułam się jak na Rodeo Drive. Serio? To to jest ta fantastyczna nadmorska Nicea? Pozostało mi poszukać mojej kwatery i mieć nadzieję, że jakoś wytrzymam tu te kilka dni. Widok z okna pokoju, w którym mieszkałam zaszczepił jednak we mnie odrobinę nadziei, że nie będzie tak źle. Co prawda budynek stoi przy budynku, ale między nimi pojawia się piękne wzgórze, które dzięki oświetleniu w nocy wygląda naprawdę magicznie. Szybko przekonałam się, że takich okazów jest w Nicei więcej.
Przechodząc przez zwykłe mieszkalne dzielnice miasta uwagę zwraca przede wszystkim targ warzyw, owoców, ryb i kwiatów, który od bladego świtu tętni życiem. W promieniach porannego słońca mieszkańcy Nicei kupują pyszne truskawki, zdrowy czosnek i świeże owoce morza. Wszystko wygląda niezwykle apetycznie, a gwar tego miejsca wcale nie irytuje.
Po przejściu handlowej Avenue Jean Medecin, po której jeździ jedyny w mieście tramwaj, zaczyna się robić tylko lepiej. Muszę przyznać, że uległam urokowi atrakcji turystycznych, których im bliżej wybrzeża, tym więcej. Od Placu Massena, wyłożonego szachownicą i przecinanego przez wypełnioną zielenią i fontannami Promenadę Paillon, zbudowaną na rzece, bez trudu można dostać się do najpiękniejszych miejsc w mieście. Na wprost jest już morze, 7-kilometrowa plaża i nadmorskie promenady. Na placu znajduje się siedem posągów,
ustawionych na wysokich słupach. Jak dowiedziałam się od mojego gospodarza, Vincenta, symbolizują one wszystkie kontynenty świata. Figury są w nocy podświetlane na różne kolory, co wygląda naprawdę efektownie.
Autorem tej instalacji jest hiszpański artysta Jaume Plensa. Z placu bez trudu można przejść do Jardin Albert 1er, który powstał w 1914 r. W ogrodzie znajduje się ogromny łuk z brązu oraz fontanna parowa. Po przeciwnej stronie ogrodu jest Espace Massena, a w niej fontanny, przy których można siedzieć godzinami. To miejsce zauroczyło mnie najbardziej, dlatego poświęcę mu osobny post już wkrótce.
Wydaje się jednak, że najbardziej zatłoczonym miejscem w Nicei jest jednak Promenada Anglików rozciągająca się wzdłuż plaży. Tutaj się spaceruje, biega, jeździ na rowerze. Całość to Bulwar Stanów Zjednoczonych, o czym świadczy m.in. znajdująca się tutaj Statua Wolności. Do złudzenia przypomina tę z Liberty Island nieopodal Nowego Jorku. Jest tylko kilkanaście razy mniejsza. Z promenady jest już tylko kilka kroków na Wzgórze Zamkowe, z którego można podziwiać urzekający krajobraz nicejski. To prawdziwa gratka dla osób spragnionych zapierających dech w piersiach widoków. Na wzgórzu znajduje się także park z placem zabaw dla dzieci oraz miejscami, w których można odpocząć, urządzić piknik i miło spędzić czas. Ważnym punktem miasta jest także port powstały w połowie XVIII w., do którego można dotrzeć albo schodząc ze Wzgórza Zamkowego, albo omijając wzgórze idąc wzdłuż wybrzeża. Wyruszają stąd promy na Korsykę, Sardynię lub do Saint-Tropez. Ktoś się skusi? ;)
Wieczory najlepiej jednak spędzić na plaży. Jeżeli będziecie spragnieni polskiego ducha, wśród licznych restauracji znajduje się tam Lido Plage, na szyldzie której zobaczymy znajome "Witamy". Właścicielami są Polacy, jeżeli akurat będą w pobliżu, można podejść, zagadać. Znakomite jedzenie z pięknym widokiem i powiewająca nad głową polska flaga. Czy potrzeba czegoś więcej? Mimo że zachód słońca nie jest tak fascynujący jak np. na Hawajach, spojrzenie w bezkresną toń morską po zmroku naprawdę potrafi odprężyć. Powtarzając zatem: Nicea albo śmierć! - w tym przypadku zdecydowanie wybieram Niceę.


















































































