Chyba każdy z nas ma swoją ulubioną scenę z filmu. Oto jedna z moich. Właściwie to więcej niż scena, bo chodzi o wątek, w którym Forrest Gump wybrał się "pobiegać". Ruszył w drogę, której pokonanie w sumie zajęło mu trzy lata, dwa miesiące, czternaście dni i szesnaście godzin. W tym czasie dołączyła do niego grupa osób, która zafascynowała się "biegiem dla biegania", a sam Forrest przyczynił się do sloganu "Shit happens" i Acid Smiley, czyli charakterystycznej żółtej buźki. "Przebieżka" po Stanach Zjednoczonych to jednak tylko 7 minut całego filmu. Forrest odwiedza m.in. Varnville w Karolinie Południowej, dociera do Santa Monica w Kalifornii i wraca do Marshall Point Lighthouse w stanie Maine, biegnąc drogą 221 przy
Linville w Karolinie Północnej aż do Flagstaff w Arizonie. Swoją podróż kończy w stanie Utah, a dokładniej w dolinie na granicy Utah i Arizony - Monument Valley. To miejsce, które pojawiło się i pojawia w wielu innych filmach, ale to właśnie za sprawą "Ferresta Gumpa" postanowiłam zobaczyć je na żywo, a gdy jej już zobaczyłam, postanowiłam tam wrócić...
wtorek, 14 kwietnia 2015
"I'm pretty tired", czyli bieg za Forrestem Gumpem
czwartek, 26 marca 2015
Hawaje – amerykański raj dla Japończyków
Hawaje
były kolejnym etapem podczas jednej z moich wypraw do USA. Trzeba przyznać, że
dostanie się tam wymaga nie lada cierpliwości, szczególnie od Europejczyka.
Pomijając przystanki po drodze z Warszawy, lądując w Seattle, od Hawajów wciąż dzieliły mnie ponad 4 tys.
km w linii prostej. Nic więc dziwnego, że nawet sami Amerykanie w dużej części nigdy
nie odwiedzili tego położonego w sercu Pacyfiku najmłodszego stanu swojego
państwa.
Po
kilku godzinach w samolocie moja noga w końcu dotknęła ziemi, na której urodził
się 44. prezydent jednego z najpotężniejszych państw świata. Było już po
zmroku, a na pokładzie brakowało grup zorganizowanych – na próżno więc
rozglądałam się za tancerkami w spódniczkach z liści palmowych, które wręczą
kolorowy naszyjnik z kwiatów hibiskusa na powitanie.
Jak dotrzeć do centrum Honolulu?
Czas
na podróż w głąb Honolulu. Niestety, kolejne rozczarowanie – do autobusu nie
można wsiadać z bagażem. Nie ma argumentu, który mógłby przekonać kierowcę –
nawet „kupię drugi, trzeci, kolejny bilet” nie przejdzie. Okazuje się, że tutaj
robi się wszystko, aby każdy mógł zarobić.
W tym przypadku troska opiewa taksówkarzy. Trudno. Złapałam taxi. Do
miejsca docelowego Toyotą zawiózł mnie kierowca o silnie azjatyckich rysach
twarzy i z akcentem wskazującym na inne niż amerykańskie pochodzenie. Twierdził
jednak, że mieszka na Hawajach od dziecka. Skąd akcent? Wielu tubylców posługuje
się tzw. językiem Pidgin, czyli mieszanką angielskiego, kreolskiego,
chińskiego, japońskiego i portugalskiego. Dojechaliśmy na miejsce, ale dopiero
rano mogłam rozpocząć odkrywanie wyspy.
Japońskie Honolulu skażone historią
Honolulu
to nie jest zwykły amerykański kurort. Jedną z najpopularniejszych plaż na
świecie (swoją drogą zaskakująco wąską) – Waikiki – otaczają z jednej strony
luksusowe apartamentowce, a z drugiej –
przedzielające wyspę stożki wulkaniczne, nad którymi zbierają się złowieszcze
chmury. Od rana do wieczora spotyka się tu surferów polujących na wysokie fale.
Oprócz nich są jeszcze emeryci z pieskami i japońska młodzież. Tłumy japońskiej
młodzieży. Na trawie odbywa się poranny trening jogi. Bezdomni, którzy jako
nieliczni nie mają azjatyckiej urody, korzystają z ogólnodostępnych prysznicy
przy plaży i piją kawę ze sklepów z pamiątkami, w których przy zatrudnianiu
preferuje się kandydatów ze znajomością języka japońskiego. To zaskakuje zwłaszcza, gdy przypomnimy sobie
nie tak dawną przecież historię Hawajów.
W
Pearl Harbor pamięć o ataku z 1941 r. jest żywa codziennie, a do muzeum i w
rejs do miejsca zatonięcia pancernika USS Arizona kolejki ustawiają się niemal
przez cały dzień. W kolejkach – ¾ to Azjaci. Przewodnicy pouczają, że
obowiązkiem każdego odwiedzającego jest zachowanie powagi i oddanie czci 2403
ofiarom japońskiego ataku na bazę marynarki wojennej USA. Liczba w zasadzie nie
jest ważna. Najważniejszy jest fakt, że w tym miejscu umarli Amerykanie, którzy
poświęcili się dla ojczyzny. Jakież to amerykańskie. Apoteoza do granic możliwości.
„God bless America”. Gdyby nie to,
można by było zapomnieć, że Hawaje to część Stanów Zjednoczonych.
Przy
pomniku znajduje się wrak USS Arizona, z którego wciąż sączy się olej pływający
po wodzie – to „łzy Arizony”. Japończycy robią zdjęcia, ale nie wyglądają na
zadumanych. Wczytują się w tablice pamiątkowe, ale wydaje się, że nie robi to
na nich wrażenia. Każdego roku chętnie przyjeżdżają na Hawaje, podziwiają
niesamowitą roślinność (widzieliście kiedyś „lewitujące” drzewo???), obserwują
zapierające dech w piersiach zachody słońca i nawet mimo zaszłości
historycznych, mogą czuć się jak u siebie. Trudno się dziwić. Mają bliżej niż np.
Europejczycy.
Ps.
Odległość
z Warszawy do Honolulu – 11 854 km (w linii prostej)
Odległość
z Tokio do Honolulu – 6 210 km (w linii prostej)
niedziela, 8 marca 2015
Kalifornia - nie tylko plaże i palmy
Ameryka to piękny kraj. Na ponad 9 mln km2 powierzchni można znaleźć wszelkie formy ukształtowania terenu oraz różnorodną faunę i florę, nie mówiąc oczywiście o cudach techniki stworzonych przez człowieka. Na mnie największe wrażenie robią jednak te rzeczy, które powstały tylko i wyłącznie za sprawą natury. Można je znaleźć przede wszystkim w środkowych i zachodnich stanach USA. Jednym z nich jest Kalifornia - zakupiony od hiszpańskich osadników pod koniec XIX w., najbardziej ludny i trzeci pod względem wielkości stan. Większości z nas kojarzy się przede wszystkim z Los Angeles, plażami Santa Barbara, Santa Monica czy Malibu. W Kalifornii jest jednak coś więcej niż plaże, palmy i roznegliżowane blondynki na rolkach. Są tu parki narodowe, niezwykła roślinność, lasy oraz dzikie zwierzęta.
Sequoia National Park w południowej części gór Sierra Nevada to drugi po Yellowstone park narodowy powstały w USA. Co w nim jest wyjątkowe? Przede wszystkim ogromne drzewa, mające po kilkadziesiąt metrów wysokości. Wśród nich największe drzewo na świecie - General Sherman Tree, które waży 1257 ton, a objętość jego pnia u podstawy to 31 metrów. Robi niesamowite wrażenie. Stojąc przy nim można poczuć prawdziwą siłę natury i przekonać się, jak niewielką częścią tego świata jesteśmy. W parku trzeba pamiętać o tym, że to my jesteśmy gośćmi. Gospodarzami są zwierzęta, przede wszystkim niedźwiedzie, które po zmroku chętnie zaglądają do niezamkniętych samochodów w poszukiwaniu pyszności, pozostawionych przez turystów.
Sequoia National Park w południowej części gór Sierra Nevada to drugi po Yellowstone park narodowy powstały w USA. Co w nim jest wyjątkowe? Przede wszystkim ogromne drzewa, mające po kilkadziesiąt metrów wysokości. Wśród nich największe drzewo na świecie - General Sherman Tree, które waży 1257 ton, a objętość jego pnia u podstawy to 31 metrów. Robi niesamowite wrażenie. Stojąc przy nim można poczuć prawdziwą siłę natury i przekonać się, jak niewielką częścią tego świata jesteśmy. W parku trzeba pamiętać o tym, że to my jesteśmy gośćmi. Gospodarzami są zwierzęta, przede wszystkim niedźwiedzie, które po zmroku chętnie zaglądają do niezamkniętych samochodów w poszukiwaniu pyszności, pozostawionych przez turystów.
Kolejnym niesamowitym miejscem w Kalifornii jest Yosemite National Park, wpisany na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Przybywając tutaj wkraczamy w całkiem inną, zamkniętą społeczność strażników parków narodowych. Aby tutaj się dostać trzeba wjechać na wysokości wahające się między 648 a nawet 3997 m n.p.m. Decydując się na pozostanie w nim dłużej niż jeden dzień (warto!) najlepiej wynająć namiot na jednym z pól namiotowych, stworzonych z myślą o odwiedzających park turystach. W okolicach namiotów znajduje się wszystko, co potrzebne - toalety, kabiny prysznicowe (w momencie, w którym byłam w parku panowała susza, wszędzie wisiały więc kartki z przypomnieniem o konieczności oszczędzania wody), sklepy, restauracje, lobby z wi-fi oraz przystanki autobusowe. Poruszając się po parku wskazane jest właśnie korzystanie z autobusów, które są darmowe i dowiozą nas w miejsca, które powinniśmy zobaczyć.
Przed namiotami znajdują się metalowe pojemniki, w których na noc należy
zamknąć jedzenie, kosmetyki i wszystko, co pachnie. Wszystko to w
obawie przed niedźwiedziami, które podobno po zmroku wyruszają na łowy.
Żadnego prawdziwego misia nie widziałam, stąd moje przypuszczenie, że
opowieści tego typu zostały wymyślone na potrzeby uatrakcyjnienia pobytu
w parku. Zalecane formy ostrożności zawsze warto jednak zachowywać.
Jedną z największych atrakcji Yosemite jest oczywiście El Capitan
- jeden z najbardziej pożądanych celów wspinaczkowych pasjonatów tego
sportu. Ten granitowy monolit ma ponad kilometr wysokości, a największym
wyzwaniem jest pokonanie pionowej ściany, na której wydzielono ponad
70 dróg wspinaczkowych. Naprawdę robi wrażenie.
Jak wszędzie w Ameryce, także w Yosemite, można spotkać nietuzinkowe osoby, wyróżniające się z tłumu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















































